|
|
|
|
|
|
DOCTRINE X - Mind Control (2009) |
|
Redaktor: Waldo
|
|
11.10.2009. |
|
1. Reborn 2. Heart Of Stone 3. Anarchy 4. Last Hour Dawn 5. Addicted 6. Pyramid 7. The Nightmare Ends 8. Take No Prisoner 9. Kill For Power 10. The Legacy
Wydawca: produkcja własna
Moja ocena: 9/10
Wiele jest w Polsce zespołów zupełnie nie znanych, które próbują zaistnieć w mediach i na rynku wszelkimi możliwymi sposobami. Najczęściej grają mnóstwo koncertów w małych klubach, za grosze lub wręcz zupełnie za darmo. Nagrywają własny materiał i wydają go w formie demówek, rozsyłając później do wszelkich możliwych portali i wortali, chcąc zainteresować nim jak najszerszą grupę odbiorców. I szczerze mówiąc w większości przypadków nie ma nawet sensu odsłuchu tego więcej niż jeden raz , o napisaniu recenzji już nie wspomnę. Naprawdę rzadko trafia się kapela, która od razu uderzy z grubej rury i swój pierwszy materiał wyda od razu w formie pełnowartościowego albumu. A nawet jeśli tak się zdarzy, to prawie niemożliwe jest nagranie czegoś, co naprawdę jest interesujące i nie trafi od razu w kąt.
I właśnie z takim unikalnym ewenementem mamy do czynienia w przypadku całkiem świeżego na naszym rynku DOCTRINE X. Twór ten powstał w roku 2008 za sprawą braci Mariusza i Mirosława Ratajczaków, pełniących w zespole zaszczytne funkcje obu gitarzystów. No i na tym właściwie koniec tej „świeżości” w formacji, albowiem do współpracy zaprosili oni kilku muzyków, którzy w tym biznesie prawie że zęby zjedli. Sekcję rytmiczną tworzy duet Bogusz Rutkiewicz (Turbo) na basie i Sebastian Górski (Chainsaw) na bębnach, zaś swoich zdartych gardeł użyczają: Maciej „Max-x” Koczorowski (Chainsaw) oraz Weronika „Vera” Zbieg (Totem, Sceptic). Towarzycho zatem doborowe – wystarczy spojrzeć na tę listę i chyba od razu wiadomo, że pitolenia to tu żadnego nie będzie.
Czegóż zatem możemy spodziewać się po odpaleniu „Mind Control” ? No i tu właściwie rodzi się pewien dylemat, bo nijak tak do końca zaszufladkować tego nie można. Nie jest to ani death (choć słychać go tu mnóstwo, zwłaszcza w growlingowych wokalizach Very), nie jest to też rasowy thrash, choć nisko zestrojone gitary wspomagane przez dynamiczną sekcję rytmiczną kopią dupsko aż miło. A jeszcze do tego całość uzupełniają finezyjnie zagrane melodyjne solówki, będące niejako wizytówką tej formacji. I konia z rzędem temu, kto jakoś to określi... melodic/thrash/death ?
Nie ulega jednak wątpliwości, że całość sprawia naprawdę solidne wrażenie. Zwłaszcza brzmienie krążka, który choć wydany jest własnym nakładem, to jednak pod czujnym okiem Szymona Czecha w olsztyńskim Studio X (jakoś kojarzy mi się to z nazwą zespołu... zwłaszcza to X na końcu). Nie ma tu kakofonii dźwięków i całość jest doskonale wyważona. Bębny to naprawdę bębny, a nie kartony po telewizorach, gitary mają swoją wymaganą dawkę brudnego brzmienia, natomiast wokale są czyste i oscylują pomiędzy growlingiem, średniotonacyjną melodyką, na rasowym heavy metalowym charczeniu kończąc.
Płyta utrzymana w raczej szybkich tempach nie nuży, pomimo tego, iż większość materiału jest bardzo do siebie podobna. Przeciwnie – te dziesięć kompozycji mija dość szybko i ani się obejrzymy, a już w głośnikach wybrzmiewa akustyczne, bardzo stonowane i liryczne outro: The Legacy. Bardzo fajny kawałek na zakończenie – jak dla mnie „bombastyczne” posunięcie.
I jeszcze na koniec kilka słów na temat oprawy graficznej tego albumu. Jak na produkcję własną to otrzymujemy całkiem profesjonalnie wykonany booklet z tekstami oraz zdjęciami muzyków. Całość utrzymana jest w ciemnej tonacji (wiem, że zespół uważa że jest ona trochę za ciemna), ale jak dla mnie jest w sam raz i osobiście nic bym nie zmieniał. Zresztą... nie obrazki są w tym wszystkim najważniejsze, lecz zawartość muzyczna, a ta w tym przypadku stoi na naprawdę wysokim poziomie. Mam nadzieję, że ten album nie jest jednorazowym wybrykiem Doctrine X, lecz każdy kolejny krążek co najmniej utrzyma ten poziom, lub będzie o jeden (lub nawet więcej) lepszy. Czego sobie i zespołowi życzę.
|
|