| WROCŁAW, "STREFA W-Z", 07.09.2009: VADER, MARDUK |
| Autor: Krasnal Adamu | |
| 25.09.2009. | |
|
"Blitzkrieg 5 Tour 2009": Vader, Marduk, Esqarial, Chainsaw Jakiś czas temu Vader wpadł w dwuletni cykl: pełny album - trasa po Polsce - minialbum - trasa po Polsce. Przerwało go dopiero 25-lecie zespołu uczczone ponownym nagraniem przez kapelę swoich starych szlagierów. Jak nie rutyna, to marazm... Po tym okresie Vader postanowił znowu być twórczy i oto powrócił z premierowym materiałem i, jak to określił jego management, "prestiżowym wydarzeniem", "dwoma tygodniami koncertów w najlepszych polskich klubach"! Albo po prostu "Blitzkriegiem". Którym to już? Ach, tak, piątym.
Pierwszym nowym supportem było Chainsaw. Thrashowo-heavymetalowe granie tej kapeli przez ostatnie kilka lat nie przypadło mi do gustu i tym razem też nie zdołało. Jedyne, co zapamiętam na dłużej, to wiatrak, nad którym stał wokalista. Efektownie rozwiewał jego włosy we wszystkie strony, tworząc wokół jego głowy otoczkę à la promienie słoneczne. Rozumiem, że to taka forma zastępcza dla tych, którzy nie chcą sobie robić trwałej, a nie grają muzyki do headbangingu. Warto by jednak poruszać czymś więcej, niż włosami, np. poprzemieszczać się po scenie, a nie stać w miejscu i posyłać w publiczność niepewne spojrzenia. Na brak obycia nie da się tego zwalić, bo kapela istnieje nie od wczoraj i ma już swoich wielbicieli. W klubie znalazło się nawet około dwudziestu żywo reagujących na muzykę Chainsaw osobników. Bawili się m.in. przy "Ball Of My Life" oraz zagranej na koniec szybkiej wersji "We Will Rock You" Queen (w wykonaniu twórców znanej głównie z koncertów), z tym że do muzyki z "Paranoid" Black Sabbath - zastanawiająca kombinacja. Mnie to jednak mało ruszyło. O wiele bardziej wolałbym zobaczyć uczestniczące tylko w kilku koncertach w ramach tej trasy Lost Soul. O Esqarial mówi się, że swój pierwszy koncert zagrało z taką energią, jakby miał być jego ostatnim - czyli już na starcie było lepsze od Chainsaw. Od tamtej pory lata minęły, a mimo to dolnoślązacy nie mogą się przebić do ścisłej czołówki i potrafią znikać na długie miesiące. Trasa z Vader to właściwie pierwsza dobra okazja do promocji wydanej w zeszłym roku "Strategii sfajczonego gruntu" (nie mylić z "Taktyką spalonej ziemi", która po angielsku nazywa się trochę inaczej). Ekipa Pająka zagrała m.in. "Cyanide Candies", "True Lies" i, na koniec, "Requiem". Niestety został mi niedosyt. Brakowało mi niektórych starszych kawałków, zaś nowsze, przez to, że są coraz bardziej niebanalne, "pogięte" i ambitne, gorzej sprawdzają się na koncertach. Nie jest to muzyka do kontemplacji i głębokiego przeżywania, ale zabawa przy niej staje się coraz trudniejsza. Nie tracę przez to szacunku do zespołu, jednak mój stosunek do jego koncertów powoli się zmienia, niestety nie na lepszy. Marduk nie jest zespołem, którego bym nie doceniał albo o którym chciałbym napisać coś złego, jednak jego występ obejrzałem najwyżej z ciekawości, tak przy okazji. Może właśnie dzięki temu, że czekałem nań bez większego przekonania, ale i bez niechęci, odebrałem go tak dobrze. Nie porwał mnie, jednak zespół zapunktował u mnie jako taki, który wali prosto w ryj, ale z finezją. Słyszałem wprawdzie później niezbyt pochlebne opinie o tym występie, ale ja nie mam powodu do narzekań na to, że Vader zaprosił do wspólnego grania właśnie tych blackmetalowców. Zaznaczam od razu, że nie kupili mnie tylko tym jednym miłym momentem, kiedy zagrali "Warschau", chociaż kawałek ten skłonił mnie do przemyśleń. Przypomina mi się inna szwedzka kapela znana w Polsce z tego, że wypromowała pewną nawet patriotom mało znaną bitwę, a bitwa ta wypromowała ją. Mardukowi ta sztuka się nie udała - owszem, "poważna" prasa coś kiedyś przebąkiwała na temat satanistów śpiewających o powstaniu warszawskim, jednak na żadne rocznicowe obchody wybuchu II wojny światowej ich nie zaproszono. Swoją drogą wychodzi na to, że wśród metalowców, zwłaszcza blackowych, wielu jest historyków. Najważniejsza jest jednak muzyka, a ta, dodatkowo dobrze wykonana, w większości chwyciła mnie za serce. Zanim na scenę wszedł Vader, zaciekawienie publiczności wzbudziła nowa scenografia, a konkretnie statyw od mikrofonu. Od razu przypomniał mi się zaprojektowany przez H.R. Gigera statyw Jonathana Davisa z Korn. Ten jednak, o kształcie kręgosłupa z klatką piersiową, tylko mi przeszkadzał. Był taki wielki, że Peter mógł opierać o niego ręce jak o mównicę, co akurat nie było głupie, jednak wystarczyło, żeby lekko schylił głowę podczas gry, by całkowicie za nim zniknąć. Miałem wypatrywać wokalisty między żebrami statywu? Bez sensu. Złomiarze zrobiliby z niego lepszy użytek. Chyba że to plastik. Co mnie jednak miały obchodzić jakieś rekwizyty, gdy na scenie zgromadziła się taka ekipa? Na środku - Peter, po lewej - Vogg z Decapitated (jedyny członek zespołu, który nie zjawił się na spotkaniu z fanami przed koncertem), po prawej - Reyash z Christ Agony. Jak jakaś supergrupa, robi wrażenie. Chociaż poprzedni skład mógł robić podobne - przecież Mauser też grał wcześniej w Christ Agony, zaś Novy przeszedł do Vader prosto z obozu Behemoth. Mniej znany był tylko perkusista, ale i jego publiczność chętnie zagrzewała do boju. Paul został zaakceptowany i w pełni się sprawdził. Niestety Reyash nie był w szczytowej formie - lepiej prezentuje się u boku Cezara. Vogg kipiał za to młodzieńczą werwą. Wspólnie wykonali m.in. "Rise Of The Undead" z dopiero co wydanego "Necropolis", odświeżone starocie "Giń, psie" i "Tyrani piekieł", a także "This Is The War", "Silent Empire" i "Carnal". Wszystko na dość wysokim poziomie, chociaż, jak dla mnie, za głośno, jak zwykle w "W-Z". Doszło też jednak do pewnego większego zgrzytu, chociaż tylko w tle - Mariusz Kmiołek nie chciał wpuścić do fosy fotografów, również pracujących dla patronów medialnych trasy, nawet na jeden utwór, czym bardzo ich zaskoczył. Słów, jakie przy tym padały, nie będę tu przytaczał, ale jest to kolejna piękna historyjka o dziwactwach tego pana. Tego wieczoru nic mnie nie zabiło - ani w sposób pozytywny, ani negatywny. O wszystkich zespołach można napisać, że były w dobrej formie, chociaż Chainsaw mogłoby nie grać, a Esqarial okazało się troszkę zbyt wymagające. W sumie było ciekawie, jednak już na zapas coś mnie skręca w środku, gdy pomyślę, że we wrześniu 2011 r. (bo takie padły już zapowiedzi) odbędzie się "Blitzkrieg VI". |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|

























Ekipa Mariusza Kmiołka, menadżera Vader, uwielbia wyrażać się o swoich przedsięwzięciach w superlatywach, więc ja, dla równowagi, będę... po prostu szczery. Po pierwsze: rozczarowało mnie przeniesienie wrocławskiego koncertu z "Firleja" - coraz ważniejszego na polskiej mapie ośrodka - do "Strefy W-Z" - dyskoteki, w której zwykle jest za głośno. Druga sprawa to oczywiście olbrzymi smród, jaki roztoczył się wokół trasy, gdy z udziału w niej zrezygnowały polskie supporty. Wskutek zmiany warunków po dołączeniu do "Blitzkriegu" Marduk, z rozpiski wyleciały Blindead i Rootwater, których "oczekiwania wzięły ostatecznie górę nad ogromną promocję, jaką niesie uczestnictwo w..." (tu wstawić cytaty ze wstępu). Tyle historii. Głębszych przemyśleń na ten temat internet jest pełen, więc daruję sobie zamieszczanie ich tutaj. Sprawa z końca wiosny do dnia koncertu przycichła wystarczająco. Niestety menadżer Vader lubi rozdrapywać stare rany - gorące podziękowania dla zespołów, które ostatecznie wybrano na support, zawarte w oświadczeniu podsumowującym tę "naprawdę udaną", "jedną z najlepszych" tras, w jakich Kmiołek z kolegami "uczestniczył w ostatnich latach", mają dla mnie wyraźny podtekst. Przed "opluciem" tej uwielbiającej robić sobie wrogów ekipy powstrzymuje mnie tylko obecność w niej pełniącego funkcję technicznego Yanuarego z Thy Disease - kapeli, którą obejrzałbym w akcji chętniej niż wszystkie pozostałe tu wymienione. Wziąłem jednak, co dawali.



