| BLOODBOUND - Book Of The Dead (2007) |
| Redaktor: Widzewiak | |
| 25.07.2007. | |
|
1. Sign Of The Devil Metal Heaven Tym razem nie będzie długiej recenzji... Zwyczajnie nie ma o czym pisać i raczej nie warto pisać. Nie powiem, miałem dość duże nadzieje związane z drugim albumem Bloodbound, bowiem debiut, czyli „Nosferatu” słuchało się bardzo miło ( przede wszystkim ze względu na świetne wokale Urbana Breeda znanego z Tad Morose ). Jednakże w zespole śpiewa teraz Michael Bormann, którego można usłyszeć na płytach „miękkich” zespołów takich jak Jaded Heart, czy The Sygnet. I muzyka zamieszczona na „Book Of The Dead” również uległa zmiękczeniu i stała się na tyle melodyjna, że bez kozery wpakowała się na terytoria w których króluje pitu pitu. Niestety. Początek płyty daje nam co prawda pewną nadzieję. Nie na ostry heavy metalowy album, ale na zgrabne połączenie stylistyki heavy z hard rockiem. Dzieje się tak głównie za sprawą świetnych wokaliz Michaela w “Sigh Of The Devil”. Czuć tutaj starą dobrą szkołę brytyjską – Dio, Lynn Turner i inni. Niestety – potem mamy już do czynienia z typowym melodyjnym “metalikiem”. Szybkie, bądź quasi podniosłe i epickie utwory tak jak szybko wpadają do głowy, tak szybko z niej wypadają. Na plus albumu można wskazać fakt, iż riffy są troszeczkę cięższe od typowego melodyjnego power metalu. Ale co z tego ? Niewiele. Nie chcę równać „Book Of The Dead” z ziemią, bowiem fani takiego grania na pewno będą zadowoleni z tego, co wydobywa się z głośników. Szukam więc jakiś wyróżniających się utworów, których z przyjemnością posłuchają nie tylko w/wskazani. Poza wymienionym już “Sigh Of The Devil”, na pewno można wymienić podniosły “Bless The Unholy” z potężnym chóralnym refrenem, dodatkowo wieńczący płytę “Seven Angels” który jest niemal w całości wyraźną kalką dokonań Iron Maiden. Cóż jeszcze... hmm... mam ! Ciekawy riff i fajna praca basu w tytułowym “Book Of The Dead” ( refren w tym numerze to prawie Rebellion ) I to w zasadzie wszystko – reszta utworów to schematyczne, do bólu wtórne melodyjne granie. Tyle tylko, że z minimalnie cięższymi gitarami. Takie płyty przepadają bardzo szybko na rynku – i nie wątpię, że w tym przypadku będzie podobnie. Owszem – ze strony technicznej, jak i brzmieniowej wszystko jest jak najbardziej ok. Ale to za mało – za mało, aby zainteresować fanów, którzy wymagają trochę więcej od słuchanej muzyki. Szkoda, bo “Nosferatu” dawało nadzieję, że narodził się ciekawy zespół, który umiejętnie połączył stylistykę melodyjnego grania z cięższymi heavy patentami. Pozycja zdecydowanie dla fanów melodyjnego power metalu. Inni mogą posłuchać “informacyjnie”. Ocena 4,5/10 |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|

























Administrator 




