| BLACK HAWK - Dragonride (2007) |
| Autor: Strati | |
| 14.05.2007. | |
![]() 1.Dark strange night (new version)
2.Lose my mind 3.Point of the sword (new version) 4.Fight at night 5.Suicide 6.Dragonride 7.Burning Angels 8.Saturday night 9.Let us break the night down 10.Black wheel dealer 11.Black hawk 12.Our land (bonus) 13.First Attack (bonus) 14.Point of the sword (bonus) 15.Midnight hero (bonus) 16.Sea of thousand deaths (bonus) 17.Dark strange night (bonus) Karthago Records
Płytę otwiera „Dark Strange Night”. Klasycznie heavymetalowy numer ubrany w nieco hardrockowe ciuszki. Wpada w ucho, noga pod stołem tupie, w zasadzie możnaby go puścić na jakiejś rockotece poświęconej staremu graniu. Tempo bieży sobie truchcikiem, ułatwiając przejazd w kierunku bębęnków słuchowych i tak już chwytliwym melodiom Prościutkie riffy bzyczą sobie wesoło, bas podskakuje cicho za nimi, gary bawią się w kotka spacerującego się po dywanie, chodząc miękko i dyskretnie. Po drugim refrenie w równie radosnym rytmie, do towarzystwa dołącza sympatyczna, nieskomplikowana solóweczka, żeby zapowiedzieć końcową zwrotkę i powtórkę z refrenu. Pan wokalista, Udo Rethke, w przeciwieństwie do swojego wielkiego imiennika śpiewa zwyczajnie, a za rejon wokalnej infiltracji obrał sobie przede wszystkim średnie rejestry. Warstwa tekstowa nie ośmiela się przeciwstawić konwencji. Smoki, miecze, motocykle i mroczne doliny. Ot, heavy metal ;) Brzmienie równie bezpretensjonalnie co powyższa kompania, postanawia pozostać w sielskim światku. Jest do bólu naturalne i czyste. Korowód zamyka kawalkada przybranych w ćwieki i dżinsy lat osiemdziesiątych. Drugi kawałek... Nie, nie, daruję Wam. Drugi kawałek jest dokładnie taki sam. Trzeci też. I czwarty. W zasadzie cała płyta jest odbita z jednej matrycy. Niektóre kopie wyszły całkiem nieźle, inne troszkę słabiej. Jednej jednak udało się zalśnić jaśniej. „Saturday Night” zawdzięcza to przede wszystkim najfajniejszemu refrenowi na płycie i urozmaiceniu w postaci sola rozciągającego się nieco poza standardowo przeznaczoną dla niego zagrodę. Słucha się tego bardzo przyjemnie, choć nie jest to album do którego warto wracać. Wszystko co wartościowe eksploatujemy już za pierwszym odsłuchem. Nie ma szans na przedzieranie się przez chaszcze coautormiałnamyślizmu, łamańce kompozycji czy dobre instrumentarium. Na starcie dokopujemy się do dna, a o podskórnych smaczkach nie ma mowy. Zdecydowanie większe wrażenie robią na mnie bonusy, jakimi są nagrania z wydanego w 1989 roku, mini albumu „First Attack”. Z łomoczącym brzmieniem, dudniącą perkusją, jazgotliwymi solami i charakterystycznym pogłosem werbla... Nie zwróciłabym uwagi na rażącą autentyczność tych nagrań, gdyby nie to, iż Black Hawk zamieścił również dwie stare wersje utworów z „Dragonride”. Świeżo wyrwane z płodnych umysłów młodych maniaków heavy metalu, nie ugłaskane, ociekające prawdziwą atmosferą starego grania... „Dragonride” uwiązał je na lasso, uporządkował, ograbił, posortował i w rezultacie dostaliśmy garść luzackich numerów nienaturalnie skomponowanych według sztywnych procedur. Akurat to nie jest najlepsze pole do popisu dla niemieckiej dokładności. Polecam „Dragonride” na raz. Do samochodu, albo mycia garów ;)
|
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|





























